Lilith. Miejsce odrzucenia, odwetu i rodzenia własnych demonów
- Magda Astrologia9
- 7 kwi
- 6 minut(y) czytania

Astrologia nie polega na mechanicznym powtarzaniu cudzych definicji. Astrologia polega na obserwowaniu. Na patrzeniu, co naprawdę dzieje się w człowieku, kiedy dany punkt dotyka ważnego miejsca w horoskopie. I właśnie dlatego zanim zrozumiałam Lilith, obserwowałam ją przez lata. Obserwowałam ją na swoim horoskopie. Obserwowałam ją na horoskopach osób, z którymi pracowałam. Obserwowałam ją w relacjach, w zawodach, w nagłych emocjach, w tym jednym konkretnym uczuciu, które zostaje po odrzuceniu. Nie w wielkiej tragedii. Nie w rozlanym żalu. Tylko w ukłuciu. Mocnym, osobistym, zimnym ukłuciu niesprawiedliwości.
Dla mnie właśnie tym jest Lilith.
Lilith w tradycji żydowskiej i późniejszym folklorze bywa przedstawiana jako pierwsza żona Adama, ta, która nie chciała się podporządkować, odeszła i została powiązana z demonami. Warto to uczciwie zaznaczyć. Nie jest to obraz zapisany wprost w Księdze Rodzaju, tylko motyw rozwinięty w późniejszych przekazach, który z czasem urósł do rangi jednego z najmocniejszych archetypów kobiecego buntu, wygnania i mroku. Właśnie dlatego można o niej mówić jako o anty-Ewie, ale nie w sensie dosłownej historii biblijnej, tylko w sensie symbolu. A jako symbol Lilith jest potężna.
Jeżeli chodzi o publikacje, które w polskiej astrologii porządkowały temat Lilith, jedną z najważniejszych postaci jest Ewa Kornafel. Jej książka Lilith, zakazana kobiecość ukazała się w 2010 roku, a później prowadziła także warsztaty astrologiczne poświęcone znaczeniu Lilith w horoskopie. Dla wielu osób był to ważny punkt odniesienia w oswajaniu tego archetypu.
Dla mnie jednak najważniejsze nie są same publikacje. Najważniejsza jest obserwacja. Bo astrologia, która nie została sprawdzona w życiu, zostaje tylko teorią. A Lilith jest jednym z tych punktów, które w praktyce pokazują bardzo konkretny mechanizm. Tam, gdzie jest Lilith, tam człowiek czuje odrzucenie. Przez ludzi. Przez relacje. Przez sytuacje. Przez samo życie. I co najciekawsze, bardzo często dzieje się to dokładnie tam, gdzie mamy poczucie, że jesteśmy mocni, atrakcyjni, charyzmatyczni, wartościowi. Właśnie dlatego boli bardziej. Bo człowiek ma wrażenie, że w tym miejscu ma czym świecić, ma coś do dania, ma swoją siłę, a jednak zostaje pominięty, niewybrany, odsunięty albo symbolicznie zastąpiony.
Pierwszy raz zobaczyłam to bardzo wyraźnie w swoim życiu. Miałam kiedyś adoratora. Takiego, który po prostu był. Stały element rzeczywistości. Coś, do czego człowiek się przyzwyczaja, nawet jeśli nie planuje z tego żadnej historii. I kiedy Lilith weszła na ważne miejsce relacyjne w moim horoskopie, na siódmy dom, ten adorator przedstawił mi swoją dziewczynę. Niby nic. Przecież ja nic do niego nie czułam. Przecież nie było tam wielkiej miłości. Ale poczułam to bardzo mocno. Nie jako romantyczny żal. Nie jako rozpacz. Tylko właśnie jako ukłucie. Mocne ukłucie odrzucenia. Bardzo osobiste. Bardzo niesprawiedliwe. I właśnie wtedy zaczęłam patrzeć na Lilith jeszcze uważniej.
Za każdym razem widziałam podobny mechanizm. Tam, gdzie jest Lilith, tam bardzo często jesteśmy odrzucani. Ale to nie wszystko. Bo w pewnych strategicznych miejscach my również odrzucamy sami siebie. Wycofujemy się zanim ktoś zdąży nas wybrać. Podważamy własną wartość. Rezygnujemy z siebie szybciej, niż wymaga tego sytuacja. Atakujemy siebie od środka. I wtedy Lilith działa podwójnie. Z jednej strony coś przychodzi z zewnątrz. Z drugiej strony sami dokładamy do tego własny cień.
LILITH POKAZUJE NIE TYLKO TO, GDZIE ODRZUCAJĄ NAS INNI. LILITH POKAZUJE TAKŻE TO, GDZIE MY SAMI ODRZUCAJĄ SIEBIE.
Zauważyłam jeszcze jedną prawidłowość. Skoro w dawnych przekazach Lilith była tą, która rodziła demony, to w astrologii ten motyw też ma bardzo konkretne odbicie. Dla mnie demon Lilith nie musi oznaczać niczego dosłownego. Bardzo często oznacza reakcję psychiczną, która rodzi się z bólu. Tam, gdzie człowiek został odrzucony, bardzo łatwo pojawia się chęć odwetu. Tam włącza się odruch, żeby oddać. Żeby wyrównać rachunki. Żeby zrobić komuś dokładnie to samo. Oko za oko, ząb za ząb. I właśnie w tym sensie Lilith rodzi swoje demony. Nie w baśni. Nie w metafizyce. Tylko w psychice człowieka. W urazie. W zranionej dumie. W gniewie, który nie chce już rozumieć, tylko chce miażdżyć.
I dlatego Lilith nie jest dla mnie feministką. To bardzo ważne rozróżnienie. Ja uwielbiam zdrowo rozumiany feminizm, bo on mówi o godności, prawach, podmiotowości i równowadze. Mówi o tym, że kobieta jest człowiekiem równowartościowym, tak samo jak mężczyzna jest człowiekiem równowartościowym. Mówi o szacunku, a nie o odwecie. Natomiast Lilith nie działa z poziomu równowagi. Lilith nie walczy dlatego, że chce budować sprawiedliwszy świat. Lilith walczy dlatego, że coś ją personalnie dotknęło. Coś ją personalnie zabolało. Została odrzucona, ukłuta, urażona i w tym miejscu uruchamia się w niej potrzeba odwetu.
To są dwie różne energie. Zdrowy feminizm chce praw. Zraniona Lilith chce kary. Zdrowy feminizm chce podmiotowości. Zraniona Lilith chce triumfu nad tym, kto zranił. Zdrowy feminizm widzi także człowieczeństwo drugiej strony. Zraniona Lilith w swoim cieniu przestaje je widzieć.
I dlatego czasem pod hasłami walki o słuszną sprawę kryje się nie realna troska o równouprawnienie, ale nieprzepracowana rana. Wtedy nie chodzi już o prawa. Nie chodzi o szacunek. Nie chodzi o sprawiedliwość. Chodzi o nienawiść, która tak się rozpędziła, że chce niszczyć każdego, kto myśli inaczej. I to jest dla mnie właśnie jedna z twarzy Lilith. Nie tej świadomej. Nie tej przepracowanej. Tylko tej zranionej, urażonej i mściwej. Takiej, która rodzi własne demony po to, żeby miażdżyć.
LILITH NIE JEST KOBIETĄ, KTÓRA WALCZY O IDEĘ. LILITH BARDZO CZĘSTO WALCZY O SWOJĄ RANĘ.
To właśnie dlatego tak mocno pasuje do niej określenie Czarny Księżyc. W astrologii Black Moon Lilith nie jest fizycznym ciałem niebieskim, tylko punktem wyliczanym z orbity Księżyca, czyli apogeum księżycowym, miejscem największego oddalenia Księżyca od Ziemi. To punkt niewidzialny, a jednak działający symbolicznie bardzo mocno. Sama nazwa czarny dobrze oddaje jej charakter, bo mówimy tutaj nie o świetle, lecz o cieniu. Nie o tym, co łagodne i widzialne, tylko o tym, co ukryte, drażliwe i trudne.
Księżyc w astrologii pokazuje to, co w nas najbardziej miękkie, emocjonalne, głębokie, kruche i podatne. Pokazuje nasze najgłębsze lęki, nasze potrzeby bezpieczeństwa, nasze odruchy i to, co w nas bardzo wewnętrzne. A Czarny Księżyc jest zaprzeczeniem tej miękkości. Jest cieniem Księżyca. Jest miejscem, w którym emocja nie chce już przytulić, tylko odciąć. Nie chce się zaopiekować, tylko ukarać. Nie chce zrozumieć, tylko oddać. I trzeba sobie uczciwie powiedzieć, że każdy z nas ma takie miejsce. Każdy. Nie ma człowieka, który byłby zbudowany wyłącznie z pięknych, łagodnych i dojrzałych cech. Każdy ma w sobie także to, co niewygodne, drażliwe, nieprzyjemne i ciemne.
I właśnie dlatego dla mnie Czarny Księżyc jest zaprzeczeniem Ewy. Jest zaprzeczeniem takiej kobiecości, która otula, koi, łagodzi, opiekuje się i chce budować bezpieczeństwo. To nie jest matczyna miękkość. To nie jest chęć opieki nad kimś. To nie jest ciepło. To jest antykobiecość w tym sensie, że pokazuje miejsce, w którym człowiek nie chce pielęgnować, tylko chce odrzucać. Nie chce chronić, tylko chce karać. Nie chce budować bliskości, tylko chce zachować przewagę nad tym, kto kiedyś zranił.
Dla mnie Lilith jest więc miejscem, w którym nasza siła spotyka się z raną. Miejscem, w którym człowiek nagle rozumie, że jego reakcja nie bierze się z ideologii, tylko z bólu. Że pod spodem nie ma wielkiej filozofii, tylko konkretne ukłucie odrzucenia. Że pod spodem nie ma samej walki o wolność, tylko bardzo osobista historia bycia niewybraną, niewidzianą, nieuznaną albo odsuniętą.
I właśnie dlatego Lilith jest tak ważna w astrologii. Bo pokazuje nie tylko to, czego pragniemy. Pokazuje też to, gdzie jesteśmy najbardziej drażliwi. Gdzie jesteśmy najbardziej skłonni do urazy. Gdzie najłatwiej uruchamia się w nas cień. Gdzie najłatwiej zamiast świadomości pojawia się odwet. Gdzie najłatwiej zamiast siły pojawia się niszczenie.
Nie interesuje mnie Lilith jako ozdobnik interpretacji. Interesuje mnie Lilith żywa. Ta, która naprawdę działa. Ta, która pokazuje, gdzie boli. Gdzie kłuje. Gdzie uruchamia się niesprawiedliwość. Gdzie budzi się chęć oddania. Gdzie zamiast opieki pojawia się chłód. Gdzie zamiast kobiecej miękkości pojawia się antykobiece odcięcie.
I właśnie tam zaczyna się prawdziwa astrologia. Nie w definicji. W obserwacji. W uczciwości wobec własnego cienia. W nazwaniu tego miejsca po imieniu.
Bo każdy z nas je ma. Każdy ma swoją Lilith. Każdy ma taki punkt, w którym czuje się odrzucony bardziej, niż chciałby przyznać. Każdy ma taki punkt, w którym najłatwiej rodzą się demony. I każdy ma taki punkt, w którym może albo ten cień świadomie przepracować, albo pozwolić mu sobą rządzić.
Dla mnie właśnie tym jest Lilith. Nie ozdobą. Nie modą. Nie hasłem. Tylko raną, cieniem, odrzuceniem i odwetem. A zarazem miejscem, które jeśli naprawdę dobrze zrozumiemy, może powiedzieć o nas bardzo dużo. Może powiedzieć, gdzie najbardziej boli nasze ego. Gdzie najbardziej boli nasza godność. Gdzie najbardziej boli nas bycie niewybraną. I gdzie najłatwiej przestajemy być łagodni, a zaczynamy być bezlitośni.





Komentarze